Bloog Wirtualna Polska
Są 937 743 bloogi | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS

Manchester United zdobywa Puchar Europy!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

czwartek, 22 maja 2008 13:21
Mijała godzina 1.34 czasu moskiewskiego, gdy van der Sar obronił rzut karny strzelany przez Nicolasa Anelkę. Manchester finałów nie przegrywa, Manchester pokonał Chelsea i zdobył swój trzeci Puchar Europy. Piłkarze "Czerwonych Diabłów" zapomnieli, że mają w nogach 120 minut batalii toczonej na podmokniętej, od ponad godziny zalewanej deszczem murawie. Wystrzelili ze środka boiska i mgnienie oka później zawiśli na barkach holenderskiego bramkarza. Wszyscy prócz jednego człowieka.
Cristiano Ronaldo leżał z głową w trawie i szlochał. To on Van der Sarowi zawdzięcza najwięcej. On, najwybitniejszy piłkarz świata, któremu wyrzuca się, że nie wytrzymuje presji wielkich meczów, chwilę wcześniej swojego rzutu karnego nie wykorzystał. Chelsea prowadziła, los Chelsea był w nogach Johna Terry'ego. Gdyby kapitan londyńczyków się nie pośliznął i nie chybił, puchar należałby do nich. Gdyby chwilę potem van der Sar nie zatrzymał Anelki, też.
Terry również wybuchnął płaczem, długo chował twarz w ramionach trenera Avrama Granta. On cierpiał, Ronaldo łkał tyleż ze szczęścia, co z ulgi. Ledwie skończył 23 lata, a już osiągnął niemal wszystko, co w klubowym futbolu najcenniejsze.
Tym razem bohaterem nie został, choć miał szansę. Kiedy w 25. minucie kopnięta przez Wesa Browna piłka frunęła na jego głowę, stojący obok Portugalczyka Michael Essien nawet na ułamek sekundy nie oderwał stóp od murawy, jakby przybijał go do niej ciężar odpowiedzialności - to on miał zadbać, by piłkarz nad piłkarzami sprawiał tego wieczoru wrażenie przeciętniaka. Nie zadbał. Chyba nie zrobił nawet wszystkiego, co mógł. Portugalczyk spokojnie przyłożył głowę i było 1:0.
Wtedy również jego nieskończona radość mieszała się pewnie z uczuciem ulgi. Im więcej przecież Ronaldo strzelał w tym sezonie goli, tym hałaśliwiej świat żądał, by jeszcze samodzielnie powalał na kolana najmocniejsze drużyny. Narzekano, że w szlagierowych meczach gaśnie, że prawie nie drybluje, że najpoważniejszym wyzwaniom sprostać nie potrafi. Maniacy statystyki nie chcieli widzieć 41 zdobytych przez niego bramek, woleli wyliczać te, których nie strzelił. A nie strzelił m.in. Chelsea, choć próbował w 11 meczach.
Teraz wreszcie się przełamał i niewykluczone, że ocalił spektakl. Jego gol padł po pierwszym celnym strzale i blisko dwóch kwadransach gry stonowanej, pozbawionej fajerwerków, z natarciami w postaci co najwyżej szczątkowej. Kibiców musiały cieszyć małe sukcesiki, bo szczytem marzeń dla obu drużyn zdawało się wepchnięcie piłki w pole karne. Potrafili ją dośrodkować przede wszystkim piłkarze Manchesteru - właśnie Ronaldo, Evrze, Hargraevesowi - ale pod bramką padała łupem obrońców. Dopiero po kwadransie sędzia odgwizdał pierwszy rzut rożny, prawie się nie zdarzało, by ktoś tracił futbolówkę na własnej połowie. A jeśli nawet, dostawał natychmiastowe wsparcie od partnerów. Jeden za wszystkich, wszyscy za jednego. Kto myśli solo, nie nadaje się na finał Champions League.
Gol natchnął MU. Dziesięć minut później "Czerwone Diabły" wyczarowały najpiękniejszą akcję finału. Biegnący prawą flanką Wayne Rooney przerzucił piłkę przez pół boiska, hen, na przeciwległe skrzydło; przejął ją Ronaldo, zwiódł rywala, idealnie dośrodkował; Tevez wywinął szczupaka o równie idealnej paraboli i uderzył głową; Petr Cech obronił, Terry wybił piłkę przed pole karne; dopadł jej Carrick i też strzelił; czeski bramkarz znów błysnął robinsonadą. Ufff. To był jeden z tych nielicznych epizodów, w których futbol staje się płynny, harmonijny, magiczny.
Ale gole rzadko powstają z poezji. Jeszcze przed przerwą strzał z dystansu oddał Essien. Ot, taki sobie, prawdopodobnie niespecjalnie groźny. Gdyby piłka nie odbiła się rykoszetem od obu stoperów Manchesteru - najpierw Vidicia, a potem Ferdinanda - po kilku sekundach nikt by o tym incydencie nie pamiętał. Ale się odbiła. Doskoczył do niej Frank Lampard. 1:1.
Po przerwie wydawało się, że gracze Chelsea - także dzięki fizycznej sile - zdominują przeciwników. Zaczęli ich przyduszać do pola karnego, wypracowali serię rzutów rożnych. Didier Drogba, który zazwyczaj bił się o piłkę stojąc - czy raczej skacząc - tyłem do bramki, wreszcie zobaczył przed sobą skrawek wolnej przestrzeni. Trafił w słupek.
Lało coraz intensywniej, piłkarze słaniali się na nogach, ale trenerzy byli bezlitośni. Żadnych zmian. Alex Ferguson dopiero w 87. minucie (!) zdjął 33-letniego Paula Scholesa i wprowadził 34-letniego Ryana Giggsa, dwóch weteranów, którzy wygrali Ligę Mistrzów w 1999 roku. Avram Grant z roszadami czekał do dogrywki. Takiego finału LM chyba jeszcze nie było.
Dodatkowe pół godziny batalii też obfitowały w zdarzenia, choć nie zawsze czysto sportowe. Wersalu nie było od początku meczu, teraz napięcie jeszcze się podniosło. Nawet przemoknięty Ferguson, który na ten wieczór założył garnitur galowy jak nigdy, paradował już w dresie.
Chelsea znów niewiele zabrakło, by zadać decydujący cios. Na samym początku dogrywki wymieniła kilka ładnych, szybkich podań w polu karnym rywala, zanim strzał oddał Lampard. Trafił w poprzeczkę.
Jego wyczyn przyćmił kolega z drużyny, Drogba. Stracił głowę, zapomniał, że na boisku nie trzeba zrobić krzywdy, by z niego wylecieć. Nie trzeba - jak Zidane - znokautować przeciwnika. Wystarczy jeden nieprzemyślany gest za dużo. I Drogba na dobrą sprawę nie uderzył Vidicia, lecz delikatnie klepnął go w twarz. Arbiter musiał wyciągnąć czerwoną kartkę.
A później przyszły karne. Obaj bramkarze obronili po jednym strzale. Znów wypracowali identyczny bilans - znów, bo mecz skończył się remisem 1:1. Zadecydował nieszczęśliwy wypadek Terry'ego. Gdyby nie deszcz, gdyby kapitan Chelsea się nie pośliznął... O wyniku miał zadecydować szczególik i szczególik zadecydował. Niezawodnego sposobu na deszcz nie opracuje najwybitniejszy trener świata. Nawet Alex Ferguson. Tyle że to akurat jemu sprzyjało tej nocy niebo.
Wielu fanów "Czerwonych Diabłów" wspominało przed finałem właśnie o czynnikach pozaracjonalnych. O przeznaczeniu. Nadeszła przecież 50. rocznica katastrofy, w której zginęło ośmiu piłkarzy Manchesteru, 40. rocznica triumfu legendarnej drużyny Matta Busby'ego, 25. rocznica inauguracyjnego międzynarodowego trofeum Fergusona - Pucharu Zdobywców Pucharów zgarniętego przez przeciętne Aberdeen.
Dziś Szkot jest już o jeden Puchar Europy dalej od swego wielkiego poprzednika Busby'ego, manchesterskiej ikony wspierającej legendę klubu. I na pewno nie uzna, że ma już dość.


Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3365666,trackback

komentarze (6) | dodaj komentarz

Pierwszy krok; Schalke - FC Barcelona 0:1

środa, 02 kwietnia 2008 13:15
 

Zwycięzców się nie sądzi - brzmi stare porzekadło. Na Veltins Arena Barcelona wygrała i w kontekście rewanżu uzyskała dobry wynik. Gra jaką zaprezentowali podopieczni Rijkaarda, daleka była jednak od ideału i zwłaszcza w drugiej połowie to jak zaprezentowali się goście wyglądało dość mizernie. Plan został jednak zrealizowany, z trudnego terenu w Gelsenkirchen faworyt wywiózł cenne zwycięstwo.
Dla Barçy mecz rozpoczął się znakomicie, bowiem już w 11. minucie Bojan Krkic strzelił na 1:0. Iniesta znakomitym podaniem obsłużył Henry'ego, ten uderzył, lecz prosto w Neuera. Bramkarz Schalke wypuścił jednak piłkę, wzdłuż bramki dograł ją Henry, a do siatki trafił młody Hiszpan strzelając tym samym swojego pierwszego gola w Lidze Mistrzów.
Gości wyraźnie zadowoliło prowadzenie, dlatego uspokoili grę dając tym samym więcej swobody miejscowym. Schalke ciężko przychodziło jednak konstruowanie akcji ofensywnych i mimo prób Kuranyi'ego i Pandera wynik nie ulegał zmianie. Gra toczyła się głównie w środku boiska, piłkarze Barçy wymieniali podania, a nielicznymi strzałami Valdésa próbowali zaskoczyć napastnicy gospodarzy. Pierwsza część gry zakończyła się prowadzeniem Azulgrany 1:0.
Po przerwie zawodnicy Schalke dali popis nieskutecznej gry. Rozpoczęło się od strzałów Altintopa i Pandera. Przy tym drugim błąd popełnił Valdés wybijając piłkę przed siebie, lecz na szczęście dla gości nie było nikogo na dobitkę. Podopieczni Slomki dominowali, a Barcelona nie potrafiła znaleźć recepty na konstruowanie dobrego ataku pozycyjnego. W 70. minucie ponownie aktywny Pander minął Zambrottę, wycofał piłkę i strzał gospodarzy minimalnie minął słupek bramki Valdésa.
Piłkarze i trener Schalke widzieli, że Barça sobie nie radzi, dlatego przypuścili szturm na bramkę gości. Próbowali Altintop, Larsen i Westermann, Barcelonie dopisywało jednak szczęście, dlatego na tablicy wyników wciąż widniał korzystny dla nas rezultat 0:1. W doliczonym czasie gry fantastyczną interwencją popisał się Valdés broniąc uderzenie Bordona. Ostatecznie Katalończycy wygrali i są bliżej awansu do półfinału Ligi Mistrzów.
Zwycięstwo musi cieszyć, choć gra daleka była od ideału. Przy odrobinie szczęścia zespół gospodarzy pokusić się mógł o remis, a nawet wygraną. Zwycięzców się jednak nie sądzi, a szczęście sprzyja lepszym. We wtorek uczyniliśmy pierwszy, milowy krok do awansu do półfinału Champions League. Jeśli za tydzień nie wydarzy się nic niezwykłego, Barça będzie mogła szykować się do dwumeczu z Man United, który 1 kwietnia na wyjeździe pokonał Romę 2:0. Pamiętajmy, że do tego czasu i w Barcelonie i w Manchesterze wiele się może zmienić.


Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3151593,trackback

komentarze (8) | dodaj komentarz

Barça rozbita; Atlético - Barcelona 4:2

sobota, 01 marca 2008 23:44
 

Euforia, w którą wielu popadło po ostatniej ligowej kolejce, okazała się bardzo na wyrost. Dziś Barcelona uległa w Madrycie Atlético prezentując słabą dyspozycję, popełniając mnóstwo błędów i co najważniejsze tracąc cztery bramki, co w tym sezonie, do sobotniego meczu jeszcze się nie zdarzyło.
W 29. minucie w pole karne dośrodkował Xavi a Ronaldinho piękną przewrotką zmienił rezultat na 1:0 dla Barçy. Już 7 minut później dość szczęśliwie, ale jednak wyrównał Aguero. Po jego strzale tor lotu piłki przypadkowo zmienił Puyol i rzucający się w drugą stronę Valdés nie zdołał sięgnąć piłki. Kilka chwil później gracze Atlético rozmontowali defensywę Dumy Katalonii a kropkę nad "i" postawił Maxi Rodriguez z ostrego kąta pokonując kurczowo trzymającego się "krótkiego rogu" Valdésa. W 61. minucie wchodzącego w nasze pole karne Aguero faulował słabo grający dziś Puyol, a rzut karny pewnie wykorzystał Diego Forlan. Rozbita Barça pozwlała na coraz więcej szarżującym gospodarzom, a ci dopełnili dzieła zniszczenia ośmieszając najpierw Puyola, a potem Milito i za sprawą Aguero po raz czwarty trafiając do siatki Valdésa.
Barcelona odpowiedziała po kilku minutach, bowiem bramkę na 4:2 zdobył Eto'o, lecz było to wszystko na co stać było dziś wieczorem zespół Rijkaarda. Kiedy w 91. minucie Kameruńczyk minimalnie chybił Rijkaard spuścił głowę w geście rozpaczy, a mina Laporty obrazowała wielkie niezadowolenie.


Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,3019154,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

Barça wraca do gry: Zaragoza - Barcelona 1:2

niedziela, 17 lutego 2008 11:25
W futbolu jak w życiu, nigdy nie wiadomo co nowego przyniesie kolejny dzień. W sobotni wieczór Zaragoza podejmowała u siebie drużynę Barcelony. Goście od dłuższego czasu toczą korespondencyjny pojedynek z Realem Madryt, który zakończył swój mecz tuż przed spotkaniem na La Romareda. I kto powiedział, że liga hiszpańska nie jest ciekawa?! Aktualny lider postarał się o nie lada sensację, przegrywając z Betisem 1-2. Trudno powiedzieć czy wiedza o wydarzeniach w Sewilli pomogła czy raczej rozkojarzyła piłkarzy. Na szczęście zespół Rijkaarda nie kalkulował i ugrał komplet punktów, dzięki czemu La Liga będzie jeszcze ciekawsza. Barcelona pierwszą groźną akcję przeprowadziła dopiero w 25. minucie, kiedy to na bramkę Cesara uderzał Dos Santos. Natomiast w 34. minucie bramkarz gospodarzy musiał skapitulować. Deco świetną wrzutką z głębi pola obsłużył wbiegającego w pole karne Henry'ego, który zgasił piłkę na klatce i nie pozwalając jej opaść lekkim, płaskim strzałem tuż obok bramkarza posłał ją do siatki. Do przerwy nic się nie zmieniło, dlatego Barcelona zeszła do szatni ze skromnym prowadzeniem 1-0. W 51. minucie pierwsze ostrzeżenie w postaci strzału wysłał D. Milito, ale na szczęście Valdés był, gdzie być powinien. Niestety, już minutę później Sergio García podał piłkę do Oliveiry, a ten nie upilnowany przez Márqueza płaskim, mocnym strzałem doprowadził do remisu. zmiany dokonane przez Franka Rijkaarda były jak najbardziej zrozumiałe. Najpierw Touré wszedł za Edmílsona, a następnie na 17 minut przed końcem Ronaldinho zastąpił Giovaniego. Przy linii rozgrzewał się jeszcze Iniesta, ale ostatecznie za Messiego na boisku pojawił się Bojan. Ów roszady miały spowodować ożywienie w szeregach Blaugrany, jednak jej piłkarze zamiast w poszukiwaniu drugiej bramki 'gryźć trawę', prawdopodobnie wypatrywali już na La Romareda czterolistnej koniczynki. I o dziwo, któremuś z graczy chyba się udało, gdyż w 81. minucie Juanfran zagrał ręką w polu karnym, co mimo niezadowolenia publiki zaowocowało rzutem karnym. Do piłki podszedł Ronadinho, który myląc Cesara podwyższył na 1-2. Parę chwil później Brazylijczyk mógł zostać bohaterem zdobywając gola na 1-3, jednak zabrakło mu czucia piłki i precyzji. Końcówka meczu obfitowała w faule, a Zaragoza mimo kilku rzutów wolnych nie potrafiła już pokonać Valdésa i goście wywieźli komplet punktów. Po 24. kolejce Barcelona traci do Realu Madryt jedynie 5 punktów. Widać oba zespoły były dziś myślami przy swoich najbliższych meczach Champions League, jednak ekipie Franka Rijkaarda mimo chimerycznej gry udało się osiągnąć zamierzony cel. Niestety nie widać jeszcze znaczącej, a przede wszystkim trwałej poprawy postawy zespołu na boisku. Nie najlepsze zawody rozegrali dziś Márquez, Edmílson, Messi, Deco czy Abidal, z drugiej strony cieszy przede wszystkim postawa Gabriela Milito i wracającego po kontuzji Puyola. Odkładając na bok dywagacje na temat nieobecności w wyjściowym składzie Iniesty, Ronaldinho i Touré, czy pełnych 90. minut kapitana, warto skupić się na środowym wyjazdowym meczu z drużyną Celtic Glasgow. Być może europejskie puchary będą swojego rodzaju odmianą i spowodują, że w kolejnych spotkaniach będziemy podziwiali taką Barçę jaką widzieliśmy podczas pierwszej połowy meczu z Realem Zaragoza.


Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2961602,trackback

komentarze (6) | dodaj komentarz

Primera Division: kolejna wpadka Królewskich

niedziela, 17 lutego 2008 11:21
Ogromną niespodziankę w 24. kolejce Primera Division sprawili piłkarze Realu Betis. Zajmujący dotychczas 16. miejsce w tabeli piłkarze z Sewilli pokonali mistrza kraju i lidera rozgrywek Real Madryt 2:1. Już w 6. minucie bramkę dla Realu zdobył Royson Drenthe. Królewscy nie cieszyli się jednak długo z prowadzenia. W 32. i 36. minucie dla gospodarzy trafiali Edu i Pavone, a potem madrytczycy zamiast zdobywać gole, oglądali żółte kartki (w sumie pięć).

Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,2961586,trackback

komentarze (4) | dodaj komentarz

piątek, 18 maja 2012

Licznik odwiedzin:  248 956 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

O mnie

Nazywam się Filip. Mam 13 lat. Mieszkam w Malborku. Bardzo lubię sport. Najbardziej piłkę nożną. Mój ulubiony klub to FC Barcelona, a najlepszy piłkarz to Ronaldinho.Moja najlepsza książka i film to Harry Potter.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 20.02.2012 19:09:05
  • autor: verfindnumeals
  • treść: Twoj portal jest sup...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 248956
(wersja testowa)
Wpisy
  • liczba: 70
  • komentarze: 10403
Galerie
  • liczba zdjęć: 0
  • komentarze: 0
Księga gości: 806
Bloog istnieje od: 1804 dni

Lubię to